Jak audiobook “Władca Pierścieni” zmienił sposób, w jaki patrzę na swoje życie?
„Damy radę, panie Frodo!”- Samwise Gumgee
Jest 3:00 nad ranem. Leżę w łóżku, telefon przyciśnięty do poduszki.
Powinienem spać.
Zamiast tego zrywam się, zapalam lampkę nocną i szukam czegoś do pisania.
Dlaczego?
Bo właśnie usłyszałem zdanie, które wstrząsnęło moim światem.
Nie w poradniku biznesowym, nie w biografii miliardera, ani nawet w dziełach Seneki.
Usłyszałem je w audiobooku pt. „Władca Pierścieni”.
Pewnie myślisz teraz:
„Radek, stary koniu?
Zwariowałeś?
To bajka o elfach i niziołkach.
Eskapizm dla nastolatków, którzy boją się podejść do dziewczyny”.
Też tak myślałem.
Dzieło Petera Jacksona oglądałem chyba z dwadzieścia razy. To moje „feel good movies”, które puszczam w tle, gdy pracuję na komputerze.
Znam je na pamięć.
Ale filmy to jedno.
A powolny i bezlitosny w swoim tempie audiobook – to zupełnie inna bestia.
Film pokazuje Ci historię.
Audiobook każe Ci ją przeżyć.
I właśnie to doświadczenie otworzyło mi oczy na coś, co Tolkien ukrył pod płaszczem fantasy.
Na filozofię życia, której desperacko potrzebujemy w dzisiejszym, przebodźcowanym świecie.
Dlaczego ucieczka to nie tchórzostwo?
Zacznijmy od eskapizmu.
Ile razy słyszałeś, że czytanie fantasy to strata czasu?
Że trzeba „zejść na ziemię” i zająć się „prawdziwym życiem”?
Tolkien, który sam przeżył koszmar okopów I wojny światowej, miał na to genialną odpowiedź.
W swoim eseju „O baśniach” porównał krytyków eskapizmu do... strażników więziennych.
Zastanów się.
Kto najbardziej nienawidzi ucieczek?
Kto uważa, że obsesyjne wpatrywanie się w mury i kraty jest jedyną właściwą postawą?
Klawisz.
Tolkien twierdził, że fantastyka nie jest ucieczką OD rzeczywistości.
Jest ucieczką Z WIĘZIENIA do domu.
Do normalności.
Kiedy czytasz o Shire, krainie, gdzie ceni się dobre jedzenie, przyjaźń, uprawianie ogródka i spokój, nie uciekasz w niebyt.
Uciekasz do świata wartości, o których zapomnieliśmy w naszym pędzie za „więcej, szybciej, mocniej”.
Shire to nie fikcja. To punkt odniesienia.
Nasz grunt pod nogami.
Odzyskaj wzrok
Druga lekcja, którą dał mi ten nocny maraton z audiobookiem, to koncepcja Odzyskiwania.
Bądźmy szczerzy. Nasz świat stał się mdły.
Drzewo za oknem to po prostu drewno.
Niebo to zjawisko atmosferyczne.
Chleb to węglowodany.
Cierpimy na (cytuję za Tolkienem) „mdłe rozmycie banalności”.
Przyzwyczailiśmy się do cudów tak bardzo, że przestaliśmy je widzieć.
Fantasy przemywa nam okna percepcji.
Kiedy w „Dwóch Wieżach” spotykasz Entów, Pasterzy Drzew, istoty tak stare, że ich imiona są długimi opowieściami, nagle zaczynasz inaczej patrzeć na dąb w parku.
Widzisz w nim życie.
Widzisz historię.
Audiobook w tym pomaga.
Film pędzi.
W filmie Enty to efekty specjalne.
W audiobooku, kiedy narrator powoli sączy słowa Drzewca, czujesz ciężar wieków.
Zwalniasz.
Zaczynasz znowu widzieć.
To jest właśnie „slow content” w najczystszej postaci.
W erze TikToka, gdzie uwaga trwa 3 sekundy, wysłuchanie 56-godzinnej sagi, w której bohaterowie idą przez las i jedzą elfickie suchary, jest aktem buntu… i medytacją.
Kto naprawdę ratuje świat?
Ale najważniejsza lekcja dotyczy tego, kto jest prawdziwym bohaterem.
Wszyscy chcemy być Aragornem.
Chcemy być wybrańcami, królami, ludźmi z wielkim przeznaczeniem.
Chcemy, żeby nasze życie było epickie.
Tymczasem Tolkien mówi nam prosto w twarz:
To nie Aragorn niesie największy ciężar.
To nie Gandalf pokonuje zło.
Robią to hobbici.
Mali ludzie.
A w szczególności jeden.
Samwise Gamgee.
Ogrodnik.
Sam nie jest wojownikiem, a na pewno nie jest mędrcem.
Jest prostym facetem, który kocha uprawiać mały ogródek, uwielbia swojego pana i marzy o tym, żeby wrócić do domu i ożenić się z Różyczką.
W filmach Sam jest „tym wiernym kumplem”.
W książce, kiedy słuchasz jego wewnętrznych monologów, rozumiesz, że to on jest sercem tej historii.
To on, kiedy wszystko wydaje się stracone w wieży Cirith Ungol, wstaje i idzie dalej.
Nie dlatego, że jest potężny.
Dlatego, że ma w sobie skromność, pokorę, miłość, odwagę i lojalność.
Prawie jak 5 stoickich cnót.
To jest lekcja dla nas.
Nie musisz być prezesem korporacji, żeby Twoje życie miało sens.
Nie musisz być influencerem z milionem followersów.
Możesz być „ogrodnikiem” własnego życia.
Możesz dbać o swój mały kawałek świata.
O swoją rodzinę, o swojego psa (pozdrowienia od Lucky’ego!), o swoje wartości.
To właśnie „małe ręce” zmieniają świat, kiedy oczy Wielkich są zwrócone gdzie indziej.
Eukatastrofa – radość, która smakuje jak łzy
Na koniec zostawiłem termin, który ukuł Tolkien:
Eukatastrofa.
To przeciwieństwo katastrofy.
Moment, w którym wszystko jest stracone, zło triumfuje, Frodo upada na samym finiszu (tak, Frodo przegrał walkę z Pierścieniem, pamiętasz?)
i nagle następuje zwrot.
Nie dzięki sile herosa, ale dzięki litości okazanej wcześniej Gollumowi.
To moment, w którym płaczesz ze szczęścia, ale jest to szczęście przeszywające, głębokie, „radość przejmująca jak smutek”.
W życiu też tak jest.
Największe przełomy przychodzą często w momentach największego mroku.
Kiedy wydaje się, że już po wszystkim.
Kiedy diagnoza zwala z nóg (wiem coś o tym).
Kiedy tracisz pracę.
Jeśli potraktujesz swoje życie jak opowieść Tolkiena, zrozumiesz, że mrok jest tylko przejściowy.
Że „gdzieś istnieje grunt pod nogami”.
Co z tym zrobić?
Możesz uznać ten tekst za wynurzenia faceta, który za dużo czasu spędza w słuchawkach.
A możesz spróbować.
Zamiast kolejnego serialu na Netflixie, zamiast wiadomości w TV, które tylko podnoszą Ci ciśnienie, włącz audiobooka.
Daj sobie prawo do ucieczki z więzienia codzienności.
Odzyskaj wzrok.
Znajdź swoje Shire.
A kiedy mrok ogarnie Twoją krainę, posłuchaj głosu Sama, który wskaże drogę i powie:
„Damy radę, panie Frodo!”

