Nudny dzień z husky, czyli wszystko, czego potrzebuję
„Nikt nie może dać drugiemu człowiekowi daru idylli. Tylko zwierzę może to zrobić, bo tylko zwierzęta nie zostały wypędzone z Raju."- Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu
Budzę się i pierwsze, co czuję, to mokry nos na moim czole.
Nie mam budzika, bo nie potrzebuję.
Mam Lucky’ego!
Trzydzieści kilogramów entuzjazmu owinięte w srebrne futro, które codziennie rano przypomina mi, że świat zaczyna się teraz.
Nie za pięć minut.
Nie po sprawdzeniu telefonu.
Teraz.
Tak wygląda mój poranek i nie zamieniłbym go na żaden inny.
Wczoraj nagrałem vloga na mój niepopularny kanał Lucky Husky o moim zwyczajnym dniu z Luckim. Zwyczajnym, czyli takim w którym nic spektakularnego się nie dzieje.
Kawa, spacer, praca, zakupy, kolejny spacer, praca w kawiarni, precle, przytulanie, wieczorne wyjście i wspólne zasypianie przy YouTube.
Żaden guru produktywności nie zatwierdziłby mojego harmonogramu dnia.
Po latach gonienia za czymś odkryłem, że najlepsze dni nie wyglądają jak z Instagrama.
Są jak poranna kawa przy oknie, gdy pies obok mnie przeżuwa swoją zabawkę z takim skupieniem, jakby rozwiązywał równanie Fermata.
Jest taka kawiarnia w centrum Białegostoku A100 Café.
Wpuszczają tam psy. To wszystko, co muszę wiedzieć o jakiejkolwiek kawiarni. Jeśli wpuszczasz mojego psa, kupię wszystkie Twoje kawy.
Siadam z laptopem. Lucky kładzie się pod stolikiem.
Obrabiam wywiad w formie wideo, który nagrałem do podcastu.
Piszę scenariusze.
Planuję kolejne odcinki.
On śpi.
Ja pracuję.
Idealna współpraca.
Stoicy powiedzieliby, że to jest eudaimonia - stoickie szczęście.
Nie te z ekscytacją i ciągłym „jokerem” na twarzy.
Raczej głębokie poczucie, że robisz dokładnie to, co powinieneś robić, dokładnie tam, gdzie zawsze powinieneś być.
W drodze do domu odwiedzamy słynne białostockie Pączki & Precle, obok przystanku „Słoneczko”.
To nasz stały rytuał. Lucky dostaje kawałek precla z serem. Ja biorę resztę.
On uważa, że podział jest niesprawiedliwy.
Ma rację.
Te małe rytuały.
Wspólne zakupy, spacer tą samą trasą, wieczorne wyjście przed snem wydają się nieistotne. Ale to one składają się na moje życie.
Nie jakieś doniosłe decyzje, ani przełomowe momenty.
Codzienne powtarzanie prostych rzeczy z kimś, kogo kochasz.
Mówi się, że minimalizm nie polega na tym, żeby mieć mało.
Polega na tym, żeby mieć to, co naprawdę ważne.
A ja mam kawę, laptopa, spacery i psa, który patrzy na mnie, jakbym był najciekawszą osobą na świecie.
Futrzany mistrz zen
Wracamy do domu. Ostatnie wyjście. Lucky zwalnia i uczy mnie, jak zwolnić tempo.
Jest coś w wieczornym spacerze z psem, co wymusza obecność.
Nie planujesz jutra.
Nie analizujesz dzisiejszego dnia.
Po prostu idziesz. Słuchasz. Oddychasz.
Lucky nie myśli o przeszłości.
Nie martwi się przyszłością.
Jest ekspertem od bycia tu i teraz.
I to jedyna rzecz, której nie potrafię się od niego do końca nauczyć.
Choć próbuję. Codziennie.
Zbliża się noc.
Mój pies wskakuje na łóżko i trzy razy obraca się wokół własnej osi - dokładnie tak samo, jak chwilę przed „dwójką”, co budzi mój niepokój.
Po chwili spogląda na mnie pytająco i ostrożnie opiera głowę na mojej nodze.
I tyle.
Koniec dnia.
Żadnych wielkich podsumowań.
Żadnych wpisów w aplikacji do śledzenia nawyków.
Tylko ciepło i spokojny oddech tego cudownego, futrzanego stworzenia, które absolutnie, bezwarunkowo Ci ufa.
Chyba mogę powiedzieć:
„Wystarczy. Niczego więcej nie potrzebuję!”
Radek





