Był spłukany, więc założył najsłynniejszy mastermind w historii.
Jesień 1727, Filadelfia. Dwunastu rzemieślników, piątkowy wieczór i dwie zasady, których nie ma w Twoim mastermindzie.
(Jako, że w XVIII wieku jeszcze nie wynaleziono fotografii, obraz wygenerowałem dzięki uprzejmości AI)
Wyobraź sobie zaplecze filadelfijskiej karczmy, piątek, jesień 1727 roku.
Przy stole siedzi 12 ludzi.
Drukarz. Geodeta. Stolarz. Szklarz. Szewc. Urzędnik.
Mówiono na nich później “Klub Skórzanego Fartucha”, bo nie byli to dżentelmeni z majątkiem, tylko ludzie pracujący rękami. Zwyczajni rzemieślnicy.
Najmłodszy ma 21 lat i jest najbiedniejszy z całego towarzystwa.
Rok wcześniej wrócił z Londynu jako nikt, bez pieniędzy i bez zawodu, który mógłby go utrzymać. Kilka miesięcy wcześniej o mało nie umarł na zapalenie opłucnej.
Człowiek, który był mu wtedy jak ojciec, umarł. Chłopak wrócił więc do drukarni pracodawcy, którym gardził, i pracuje tam za dobrą stawkę, doskonale wiedząc, po co go zatrudniono. Ma wyszkolić tańszych następców, a potem zostać zwolniony.
Nazywa się Benjamin Franklin. W tym momencie życia nie ma niczego. Nie ma nawet planu.
Więc zakłada klub dyskusyjny. Dziś nazwalibysmy go pierwszym mastermindem w historii.
I to jest ten moment, o którym chcę dziś napisać. Bo z tego jednego piątkowego wieczoru wyrosną rzeczy, których nikt przy tamtym stole nie potrafiłby wtedy nazwać:
Library Company of Philadelphia, pierwsza w Ameryce biblioteka na zasadzie subskrypcji, protoplasta wszystkich późniejszych bibliotek publicznych.
Union Fire Company, pierwsza w Ameryce ochotnicza straż pożarna.
Reforma miejskiej straży nocnej, pierwsza publiczna sprawa, jaką klub wziął na warsztat.
American Philosophical Society, pierwsze towarzystwo naukowe w koloniach, które wyrosło wprost z Junto, jako jego przedłużenie.
Pennsylvania Hospital, pierwszy szpital w koloniach.
Akademia, która stanie się Uniwersytetem Pensylwanii.
Klub przetrwał blisko 40 lat.
Nikt, kto tam wtedy siedział, nie wiedział, że zakłada coś tak wielkiego.
Oni po prostu przyszli pogadać.
Dlaczego to nie było zwykłe gadanie przy piwie
Znam mnóstwo grup, które spotykają się w piątki i po roku nie zostaje po nich nic poza rachunkami. Sam w takich uczestniczyłem.
Różnica u Franklina tkwi w jednym miejscu. Zanim zaczęli, on spisał zasady.
Pierwsza zasada dotyczyła przygotowania.
Każdy członek po kolei musiał przynieść pytanie z dziedziny moralności, polityki albo filozofii przyrody, do przedyskutowania przez całe towarzystwo. A raz na trzy miesiące każdy miał obowiązek napisać i przeczytać własny esej na dowolny temat.
Zobacz, co ta jedna zasada robi z człowiekiem. Zmusza Cię do myślenia między spotkaniami.
Nie możesz sobie przyjść i tylko słuchać. Musisz coś ze sobą przynieść, więc cały tydzień chodzisz i szukasz swojego pytania.
Druga zasada dotyczyła sposobu rozmowy.
Debaty miały być prowadzone, jak pisał Franklin,
„…w szczerym duchu poszukiwania prawdy, bez zamiłowania do sporu i bez pragnienia zwycięstwa”.
Żeby dyskusje nie były zbyt gorące, zakazano wyrażeń stanowczych i bezpośredniego zaprzeczania, pod karą drobnych grzywien.
Franklin sam sobie zabronił słów
„z pewnością”
„niewątpliwie”.
Zamiast nich mówił:
“wyobrażam sobie”
“pojmuję to tak”
“wydaje mi się w tej chwili”
Niby drobiazg, ale drobiazgiem nie jest. To jest cała różnica między grupą, w której ludzie faktycznie się słuchają, a grupą, w której każdy czeka na swoją kolej, żeby wygrać.
Junto miało nawet listę stałych pytań. Jedno z nich brzmiało mniej więcej tak:
Czy znasz obywatela, który ostatnio dokonał godnego czynu, zasługującego na naśladowanie, albo takiego, który popełnił błąd, przed którym powinniśmy się przestrzec?
To był comiesięczny przegląd tego, co w życiu działa, a co nie. Na cudzych przykładach i całkowicie za darmo.
Co konkretnie z tego wyszło
Biblioteka.
Podczas debat członkowie odwoływali się do książek, których nikt nie miał pod ręką.
W koloniach książka była droga i płynęła z Londynu miesiącami.
Franklin zaproponował najpierw, żeby wszyscy znieśli swoje zbiory do wspólnego pokoju klubu. To rozwiązanie nie do końca się sprawdziło, więc poszedł dalej.
1 lipca 1731 roku razem z grupą z Junto spisali „Artykuły porozumienia” i założyli Library Company of Philadelphia. 50-ciu subskrybentów wpłacało 40 szylingów na start i 10 rocznie na nowe książki. Pierwsza dziesiątka złożyła się 10 listopada 1731 roku, w tawernie u Nicholasa Sculla, czyli u jednego z członków klubu.
Historyk tej biblioteki ujął to zdaniem, które powinno wisieć nad każdą małą grupą:
„Wkład każdego stworzył kapitał książkowy wszystkich.”
Realny wpływ na politykę.
Gdy w prowincji wybuchła awantura o papierowy pieniądz, Franklin najpierw przedyskutował sprawę w Junto. Dopiero potem, w kwietniu 1729 roku, wydał anonimowy pamflet, w którym tłumaczył, że brak pieniądza w obiegu dusi handel. W maju legislatura Pensylwanii zatwierdziła emisję 30 tysięcy funtów.
Po latach to właśnie Franklin drukował walutę Pensylwanii i dostał za tę robotę 100 funtów.
Sam podsumował to krótko:
„To była kolejna korzyść wynikająca z tego, że umiałem pisać.”
Zauważ kolejność. Najpierw mała grupa. Potem tekst. Dopiero na końcu świat.
Współautor.
Kiedy Franklin wojował z konkurencyjną gazetą cyklem felietonów „Busy-Body”, pierwsze cztery napisał sam, a resztę ciągnął jego przyjaciel z Junto, Joseph Breintnall.
Ratunek dla firmy.
Kiedy wspólnik nie dowiózł umówionych pieniędzy i drukarni groziła licytacja, dwaj ludzie przyszli do Franklina osobno, nie wiedząc o sobie nawzajem, i zaproponowali, że pożyczą mu tyle, ile trzeba, żeby przejął interes sam. Nazywali się William Coleman i Robert Grace.
Obaj wywodzili się z Klubu Junto.
Franklin napisał o nich później:
„Dwaj prawdziwi przyjaciele, których dobroci nigdy nie zapomniałem i nigdy nie zapomnę, dopóki będę cokolwiek pamiętał”.
Lekcja, którą wybrałem
Nikt tego nie zaplanował. Oni po prostu mieli zasady i pojawiali się w piątki.
Dlatego z całej tej niezwykle gęstej dekady życia Franklina wybieram jedną rzecz:
Wielkie projekty nie zaczynają się od wielkiej wizji.
Zaczynają się od małej grupy, która ma ustalone zasady i się ich trzyma.
Biblioteka nie powstała dlatego, że Franklin miał wizję oświecenia Ameryki.
Powstała dlatego, że 12-stu ludzi kłóciło się o książki, których nie mieli pod ręką.
Straż pożarna nie powstała z misji.
Powstała dlatego, że ktoś w piątek powiedział, że miasto płonie i nikt tego nie gasi.
To jest różnica między siecią kontaktów a grupą.
Sieć kontaktów daje Ci zasięg.
Grupa daje Ci problem, który musisz rozwiązać, i ludzi, którzy zauważą, jeśli tego nie zrobisz.
Cały mój sprzeciw wobec algorytmów sprowadza się mniej więcej do tego samego.
10 tysięcy obserwujących nie da Ci niczego.
12 osób z zasadami stworzy Ci cały uniwersytet.
A teraz brutalnie o sobie
Fot: Mastermind z Tomaszem Rudnikiem i Rafałem Ferberem, Green Caffe Nero Kabaty.
Uczestniczyłem w wielu mastermindach. Małych, 3- lub 4-osobowych, głównie online, czasem w kawiarni na żywo.
Na każdym omawialiśmy swoje ważne tematy i pomagaliśmy sobie nawzajem. Wtedy wydawało mi się, że nie dzieje się tam nic wyjątkowego.
Dopiero po latach zobaczyłem, ile projektów z tych spotkań wyrosło i ile pierwszych kroków postawiłem tylko dlatego, że wcześniej zweryfikowałem swoje plany z innymi.
Z tych rozmów wyrosła też moja książka „Podcaster” i kilka pomysłów, które realizuję do dziś.
A rzeczy, których w ogóle nie da się wycenić, to te znajomości i wspólnie spędzony czas.
Czegoś jednak tym spotkaniom brakowało. Dokładnie tego samego brakowało słuchaczowi z Warszawy, który po moich odcinkach o Junto zaczął organizować własne spotkania.
Miał ich za sobą 6, kiedy do mnie napisał: czuję, że czegoś mi brakuje w formule luźnej dyskusji, chyba chodzi o akcje wynikające z rozmów.
Trafił w sedno.
Rozmowa bez zasad pozostaje rozmową.
Rozmowa z zasadami staje się instytucją.
Franklin miał na to 2 sposoby, których większość polskich mastermindów nie ma:
Obowiązek przyniesienia ze sobą pytania i zakaz wygrywania.
Bez pierwszego ludzie przychodzą „na pusto”.
Bez drugiego przychodzą, żeby błyszczeć.
Co warto ukraść Franklinowi
Jeśli masz swoją grupę albo dopiero chcesz ją założyć, weź z Junto 5 rzeczy.
1. Każdy przynosi jedno pytanie.
Nie relację z tygodnia, tylko pytanie, na które sam nie potrafi odpowiedzieć.
2. Raz na kwartał każdy przychodzi z czymś napisanym.
Choćby na dwie strony.
Pisanie zmusza do myślenia zupełnie inaczej niż mówienie.
3. Obowiązuje zakaz słów „na pewno” i „niewątpliwie”.
Mówisz „wydaje mi się” albo „pojmuję to tak”.
Grzywna może być symboliczna, ale niech będzie.
4. Jedno pytanie wraca na każdym spotkaniu.
Kto ostatnio zrobił coś, co warto naśladować, i kto popełnił błąd, przed którym warto się przestrzec.
5. Grupa powinna być mała.
Od 3 do 12-stu osób.
Więcej to już konferencja, a na konferencji nikt nikomu nie pomoże.
Swoją wersję Junto opisałem szczegółowo w artykule „Klub Lepiej Teraz. Jak stworzyć wspólnotę, która zmienia świat”.
Kierowca TIR-a i książka Jacka Kerouaca
Wieki temu jechałem autostopem z Francji do Wenecji. Podwiózł mnie włoski kierowca tira, z którym przegadałem wiele godzin, a na pożegnanie dostałem od niego „W drodze” Jacka Kerouaca. Przez lata myślałem, że to książka o drodze. Kiedy pracowałem nad tym tekstem, zobaczyłem ją inaczej.
Bo „W drodze” nie wzięła się z drogi. Wzięła się z pokoju (takiego w mieszkaniu).
W 1944 roku, wokół Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, poznali się Jack Kerouac, Allen Ginsberg i William Burroughs. Nikt z nich nie był wtedy nikim.
Przez jakiś czas mieszkali razem, u Joan Vollmer przy 115. ulicy, i nocami czytali sobie nawzajem swoje teksty. Z tego mieszkania wyszły dzieła takie jak: „W drodze”, „Skowyt” i „Nagi lunch”.
Franklin miał zaplecze karczmy i piątkowe wieczory.
Najsłynniejsi przedstawicie pokolenia Beatników mieli pokój przy 115. ulicy i swoje noce.
A ja dostałem efekt tamtych nocy od kierowcy TIR-a, gdzieś na europejskiej autostradzie, pół wieku później.
Nigdy nie wiesz, która rozmowa i która podarowana Ci książka zmieni trajektorię Twojego życia. Ale wiesz jedno:
Jeśli się nie spotykasz z różnie myślącymi ludźmi, nie zmieni jej żadna.
Pytanie
Franklin miał 21 lat, był świeżo po chorobie i po stracie przyjaciela, w pracy, którą pogardzał.
Zebrał jedenastu znajomych rzemieślników i umówił się z nimi na piątek.
Zostawiam Cię więc z pytaniem, które warto sobie zadać na spokojnie, najlepiej na spacerze:
Jaka grupa ludzi, których już znasz, sprawiłaby, że urósłbyś jako człowiek?
Wypisz te nazwiska na kartce. Prawdopodobnie masz ich pod ręką więcej, niż myślisz, i wcale nie musisz nikogo specjalnie szukać. Musisz tylko wysłać wiadomość i zaproponować termin.
Franklin nie czekał. Umówił się na piątek i napisał zasady.
Posłuchaj całej historii.
Ta dekada życia Franklina, od statku wracającego z Londynu, przez Junto i „Pennsylvania Gazette”, aż po najtrudniejszą stronę tych lat, jest w siódmej części mojej serii w podcaście „Lepiej Teraz”.
Seria zaczyna się odcinkiem PLT #423.
🎧 Spotify · Apple Podcasts · YouTube · wszystkie odcinki
Jeśli wolisz zacząć od tekstu, napisałem wcześniej „5 lekcji z życia nastoletniego Benjamina Franklina”.
Do Franklina wracam zresztą od lat, także w starszych odcinkach: PLT #193 i PLT #259.
Każdy odcinek nagrywam sam, własnym głosem, w oparciu o źródła: autobiografię Franklina, Founders Online oraz biografie Isaacsona, Van Dorena, Brandsa, Lemaya i Bunkera. Zero zmyślonych dialogów.
Myślę o zorganizowaniu spotkania w Białymstoku.
Na początek kawiarni, na maksymalnie 2 godziny, bez formalności i zbędnych kosztów. Latem można w parku albo w lesie.
Jeśli jesteś zainteresowany/a, napisz do mnie na kontakt@lepiejteraz.pl
Odpiszę, gdy zbiorę odpowiednią ilość chętnych.
Słuchaj i żyj lepiej teraz. Radek



